gustował w takich powieściach, znacznie bardziej wolał harlequiny.

- Gdzie go znalazłeś? - spytała z zachwytem.
Mark leżał na wznak, przykryty jedynie do połowy, z ob¬nażonym torsem. Musiał pracować, gdy zmorzył go sen, ponieważ obok niego stał otwarty laptop, wciąż włączony, a na niebieskim ekranie jarzyły się jakieś poplątane kreski. Henry zwinął się w kłębek pod ramieniem stryjka i spał słodko jak aniołek. Widać było, że czuł się dobrze i bez¬piecznie.
- Naprawdę? - zawołał z nagłą radością.
- Co ty za brednie wygadujesz? Moja rodzina zabiła Larę?
Odetchnął z ulgą.
- To nie tak. Słuchała jej, bo tylko tak mogła zdobyć uczucie matki. Dla Isobelle istniałyśmy jedynie wtedy, gdy dokładnie spełniałyśmy jej oczekiwania.

- Możemy porozmawiać rano.
- Niech pani nie utrudnia, tylko podpisze papiery i będzie po sprawie - warknął z furią, nie panując dłużej nad gniewem.
- Wówczas nie byłoby problemu, ale to nie takie pro¬ste... Dużo osób urosło w siłę podczas ciągłej nieobecności Franza i Jeana-Paula. Zgromadzili majątki i chcą więcej, chcą władzy. Rozszarpią ten kraj między siebie. Proces roz¬padu już trwa. Zagraniczne firmy wycofują się z naszego rynku. Wyjeżdżają nasi naukowcy i specjaliści, emigruje młodzież, zwłaszcza ta najzdolniejsza. Nie widzą dla siebie przyszłości w Broitenburgu.
Korytarzem przechodziła akurat jakaś para w średnim wieku. Nieznajomi przystanęli, zaniepokojeni.
- Nie pozwolę ci się wycofać - oznajmiła. – Potrzebuję twojej pomocy. Wychowałam moją siostrę praktycznie sa¬modzielnie, a ona odwróciła się ode mnie i złamała mi ser¬ce. Gdzieś popełniłam błąd. To samo mogłoby się przydarzyć, gdybym samodzielnie wychowywała Henry'ego. Tym razem wolę się zabezpieczyć. Przyglądał się jej badawczo.
planety...
Zmarszczyła brwi.

na sofie. Wyczekiwała powrotu Aleca z balu u Lievenów.


Po jakimś czasie Tammy uspokoiła się nieco. Obok stał fotel, wiec opadła na niego i posadziła sobie chłopczyka na kolanach, by mu się uważniej przyjrzeć. Przez chwilę patrzył na nią obojętnie, a potem jego apatyczny wzrok po¬wędrował z powrotem do okna, jakby to było dla niego bar¬dziej interesujące niż widok ludzkiej twarzy.
- Zbrodnia? - Mark obrzucił ją dziwnym spojrzeniem, ale nie zwracała na to uwagi.

- Dobrze, zamówmy kolację - zdecydowała w końcu. - Tylko żadnych żabich udek!

Dopiero, gdy nacieszył się swoim widokiem, zerknął na to, co było na wystawie.
ze sławnym rosyjskim bohaterem wojennym.
Becky, pod ochroną Rusha i Forta, przechadzała się nerwowo tam i z powrotem po

PS

- Tylko że wtedy on zacznie naciskać - zauważył.
Zasiadł potem z Becky do obiadu w ogrodzie, pod pasiastym daszkiem, chroniącym
Spojrzał na nią tak, jakby nie mógł uwierzyć w to, co teraz usłyszał.